HAWAII

HAWAII

Ewa van der Coghen HAWAII

To archipelag I wyspa na Oceanie Spokojnym. Nazwano go kiedyś "kanapkami" i tak zostało. Podobno to pierwszy w dziele Stworzenia obiekt ziemi powstający z zastygłych wykwitów lawy podmorskich wulkanów.
Lecimy samolotem z Frisco prosto na największą wyspę archipelagu - Hawaii. Zabudowaną bezlitośnie drapaczami chmur. Tu przesiadka na maleńki biały samolot docelowo lecący na wyspę Kauaii - zwaną wyspą-ogrodem, którą jadąc samochodem, można okrążyć w ciągu jednego dnia. Istotnie to prawdziwa wyspa-ogród: wspaniała roślinność zachwyciła nas bez reszty. Począwszy od palm kokosowych, figowców czy palm daktylowych, poprzez drzewa płomienne, na których prócz zielonych liści rosną grona czerwonych jak ogień kwiatów, z których każdy jest wielkości dłoni, aż do masy kwitnących krzewów i barwnych rabatek przed każdym domkiem. Ciekawe, że na tej wyspie nie wolno budować wysokościowców, a lokalne prawo gwarantuje możliwość zakupu ziemi wyłącznie tubylcom.
Wrażeniem, którego nigdzie na ziemi nie doświadczyłam, było spotkanie z dziwnym "deszczem", który nie spadał z nieba, tylko dmuchany bocznym wiatrem zraszał nas jak prysznic w aerozolu.
Powycinane przez Stwórcę zielone liście wachlarzy palm chwieją się rytmicznie na nieustającym wietrze, który zdmuchuje gorący żar słońca. To one, te kłaniające się liście, są wzorem dla hawajskich tancerek, które wdzięcznie suną w rytmicznym tańcu. Brązowe nogi, ozdobione u kostek, biodra przepasane obręczami kwiatów lotosu, wianki na głowach i naszyjniki z białych orchidei - balansują w takt hawajskich melodii. Samo piękno dla oka i ucha na tych koncertach!
Prosto z domu, na bosaka, biegliśmy w kostiumach po gęstej, zielonej murawie (pielęgnowanej tu przez specjalne ekipy) do żółtej plaży piachu oblewanego przez szumiący fioletowo-szmaragdowy ocean. Piękny i groźny - z zębami białych pian na grzbietach fal. Pobiegłam, aby przywitać się z oceanem i ucałować krople wody nabrane w dłoń. Gdy tylko uklękłam na mokrym piachu, ocean bezceremonialnie wciągnął mnie do wody. Chciałam uciekać, ale przy cofającym się w głąb morza podłożu - było to dość trudne.
Ogarnęła mnie jednak przemożna chęć popływania, mimo ostrzeżenia przed rekinami widniejącego na tablicy przy plaży i przestrogi, którą zlekceważyłam. Kołysanie się na grzbiecie fali, to niezapomniane uczucie. W jednym momencie zapomniałam, że chcąc popływać, trzeba wbiec do morza, kiedy woda się cofa aż do piątej fali. Nierozsądna, po trzeciej postanowiłam wskoczyć na jej spieniony grzbiet. Ocean brutalnie strącił mnie na dno i zagarnął w rulon fali, turlając po dnie... nie byłam w stanie się z niego wydobyć. Na nic pomoc przerażonej córki. Dopiero nadbiegający plażowicz spowodował, że oboje - na wpół żywą - z trudem wyciągnęli mnie na piach. Wspaniały horror...!
Taka to była przygoda z oceanem zwanym "Spokojnym"

Skruszona Ewa


W: SENIORZY, Pismo Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, nr 2, Katowice 2009, s.19