SENTYMENTALNA PODRÓŻ

SENTYMENTALNA PODRÓŻ

18 Krystyna Bełtowska SENTYMENTALNA PODRÓŻ

Od wielu lat, gdy tylko czas i obowiązki mi pozwalały, ale i z potrzeby serca, jeździłam do Krakowa. To moje rodzinne miasto i każdy pobyt tam stanowił swego rodzaju „podróż sentymentalną”. Od ponad pół wieku bowiem mieszkam na Śląsku.

Również i tego jesiennego dnia, gdy babie lato snuło się w przestrzeni, a słońce świeciło prawie jak w lecie, wybrałam się do Krakowa. Tradycyjnie przeszłam od dworca kolejowego przez Planty do Wawelu, a stamtąd nad Wisłę. Szlak ten - od Wawelu po kościół na Skałce - pokonywałam codziennie będąc dzieckiem, gdyż w tej dzielnicy Krakowa mieszkałam. Tuż koło Wzgórza Wawelskiego była też moja szkoła podstawowa.

W dniu, o którym piszę, oderwana od codzienności, powoli przemierzałam nadwiślański deptak. Patrzyłam na ludzi, którzy mnie mijali i czułam się szczęśliwa. Tutaj są moje korzenie, te miejsca kocham i zawsze już tak będzie - myślałam przy tym.

W pewnym momencie zauważyłam mężczyznę, który szedł wolnym krokiem nadwiślańską promenadą. Sprawiał wrażenie, że nikt i nic go nie obchodzi. Pomyślałam, że pewnie jakieś problemy ma ten starszy, nobliwy pan i chciałam, by się do mnie uśmiechnął. Skierowałam na niego wzrok i ogarnęło mnie nagle wzruszenie. To przecież On, chłopiec z liceum, w którym byłam wówczas zakochana. Tak, to na pewno On, tylko trochę inny. Włosy przyprószone siwizną, lekko przygarbiony, a jego twarz pokryta zmarszczkami.

W pierwszym odruchu chciałam podejść do niego, powiedzieć, jak bardzo się cieszę ze spotkania, o którym przez tyle lat marzyłam. Jak w kalejdoskopie pojawiały się nagle i znikały obrazy z naszych wspólnie spędzonych chwil. To było gorące lato 50-tych lat tamtego stulecia. Wierzyć się nie chce, że to tak dawno. Mieliśmy wtedy po 16 lat i byliśmy na kolonii koło Krakowa. Zakochałam się po raz pierwszy i - jak mi się wydawało - z wzajemnością. Wymienialiśmy czułe spojrzenia, dużo rozmawialiśmy ze sobą i to było wszystko. Ale tego, co wtedy czułam, nawet dzisiaj nie potrafię wyrazić słowami. Ta miłość towarzyszyła mi przez cały okres nauki w liceum, chociaż nasze spotkania nie były zbyt częste.

Potem spotkałam innego chłopca, mojego przyszłego męża. Nigdy jednak nie zapomniałam tamtego, mojej pierwszej platonicznej miłości. Nieraz myślałam, jak ułożyło się jego życie, jaką wykonywał pracę, czy ma dzieci, wnuki. Myślałam, że kiedyś zdobędę się na odwagę i powiem mu, jak bardzo był mi drogi i że go nigdy nie zapomniałam.

No i nadarzyła się okazja w ten pogodny dzień nad Wisłą. W jesieni życia mogłam spełnić moje marzenia. Ale stchórzyłam i nie podeszłam do niego. Bałam się, że mnie nie pozna, wszak zmieniłam się w ciągu pół wieku. Zrobi zdziwioną minę i uprzejmym tonem oznajmi, że sobie nie przypomina ...

I tak po chwilowym zanurzeniu się w przeszłość podążyłam dalej nadwiślańskim szlakiem, wtapiając się w atmosferę wielkiego miasta.

Jednak ciągle myślę, że nie należy lekceważyć pierwszych, nawet dziecinnych miłości, bo tak jak w moim, być może nieodosobnionym przypadku, tkwią one w sercu przez całe życie. Ze smutkiem nachodzi mnie refleksja, że być może już nigdy nie spełnią się te moje marzenia.